One Shot dedykowany Kasumi Kuno, jako że jest jedną z najwierniejszych czytelniczek.
Kategoria: Fluff
Ostrzeżenia: Brak
____________
Znów te tak dobrze znane mi mury. Przechadzałem się tędy tak wiele
razy, że mógłbym już iść na oślep. Wiedziałem nawet jak ułożone są cegły
w ścianach, po których stronach otworzą się wielkie drzwi gdy ktoś je
popchnie, znałem każdy zapach towarzyszący temu zamkowi, każdy ruch
służby przybocznej, a nawet ja sam robiłem wszystko machinalnie, tak
właśnie byliśmy stworzeni – by służyć swojemu Królowi do końca swoich
dni. Co za to mieliśmy? Cóż, nocleg wyżywienie i tym podobne rzeczy, ale
niestety niektórych to nie satysfakcjonowało, dlatego próbowali uciec.
Na próżno – Król kazał zabijać wszystkich, którzy chcieli uciec, bo
wiedział, że jak w końcu dojdzie co do czego, to służba może ujawnić
wszystkie zamkowe sekrety, a tego było spoko.
-Minho! – Usłyszałem tak dobrze znany sobie głos osoby która
potencjalnie mogła znajdować się tuż przede mną, albo to po prostu echo
niosło JEGO głos. Ruszyłem w stronę z której ten głos dochodził
poprawiając miecz przy boku. Ja jako jedyny nie próbowałem uciec. Za
bardzo zżyłem się z tym miejscem, z Królem który był sprawiedliwy, ale
bezlitosny, honorowy i był dobrym przywódcą. Jednak jak każdy człowiek
miał swoje wady. Był chamski, wredny, niemiły dla służby i najchętniej
wszystkich by czasami zabił. Szedłem dość długimi korytarzami starając
się przypomnieć sobie skąd dochodził ten głos. Dla ludzi którzy
przypadkowo znaleźli się w zamku pierwszy raz ta wielka budowla mogła
przypominać labirynt korytarzy, ale ja za dobrze znałem ten labirynt.
Można powiedzieć że wychowywałem się w tym zamku, razem z teraźniejszym
Królem, moi rodzice zginęli. Sam nie wiem jak i sam dokładnie nie
pamiętam kiedy, ale na moje szczęście lub nieszczęście matka króla
wzięła mnie pod swoją opiekę i tak się wychowywałem z obecnym Królem.
Kiedy już mniej więcej namierzyłem źródło dźwięku popchnąłem wielkie drzwi
-Słucham Bling – powiedziałem kłaniając się nisko.
-Prosiłem Cię, żebyś tak do mnie nie mówił – syknął. Uśmiechnąłem się
pod nosem. Zawsze ta sama śpiewka, zawsze mnie opieprza za to, że
nazywam go pieszczotliwie a nie „Wasza Wysokość ”, a ja udaje, że
słucham jego kazań.
-Teren jest czysty, nikt nas nie usłyszy – powiedziałem podnosząc
głowę i patrząc na niego. Był idealny. Może nie należał do najwyższych
ale też nie był karłem. Jego idealne oczy, pełne usta… Chwila, Moment!
Czy ja właśnie fantazjuję o moim władcy? Ze mną jest bardzo źle,
powinienem udać się do lekarza, albo najlepiej do szamana żeby zdjął ze
mnie ten czar.
-Wzywałeś mnie – powiedziałem pełen powagi. Nie mogłem oderwać od
niego wzroku. Siedział nad jakimiś mapami i coś kreślił poważnie się
zastanawiając gdzie powinien narysować kolejną kreskę.
-Jest coraz gorzej zamiast zajmować kolejne miasta, wojsko się
wycofuje – mruknął niezadowolony. Przecież od ustalania strategii
mieliśmy odpowiedniego człowieka.
-Czy Onew…? – zapytałem patrząc na Jonghyun’a
-Nie żyje. Strzała wystrzelona przez wrogów trafiła pod żebra, umierał w męczarniach – odpowiedział Król.
-Usiądź – dodał wskazując na krzesło naprzeciw siebie. Dobrze
wiedziałem, że to nie prośba a polecenie. Byłem w stanie wyłapać jego
ton głosu kiedy o coś prosił i kiedy czegoś nakazywał. Te dwa tony
diametralnie różniły się od siebie. Wykonałem więc polecenie i usiadłem
patrząc na mapę.
-Wiesz dlaczego zostawiłem Cię w zamku a nie wysłałem na pole bitwy? – zapytał patrząc mi w oczy.
-Ponieważ Król musi mieć ochronę – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Każdy dobrze wiedział, mimo tego, że Król był doskonałym rycerzem
potrzebował ochrony.
-Gówno prawda, to tylko oficjalna wersja. Tak naprawdę nawet Król
potrzebuje towarzystwa swojego najlepszego przyjaciela. – powiedział
uśmiechając się do mnie. Wiedziałem, że ten uśmiech jest przeznaczony
wyłącznie dla mnie, dla nikogo innego.
Dzięki temu, że wychowywałem się z Królem, udało mi się z nim
zaprzyjaźnić. Mimo tego, że jestem od niego tylko rok młodszy
znaleźliśmy wspólny język. Nie oczekiwałem od niego niczego, ani od
niego ani od jego rodziny. Kiedy Jonghyun został Królem zdziwił mnie
fakt, że mianował mnie przywódcą swojej straży a później przywódcą
wojska, ale zaniepokoił mnie fakt, że nie pozwolił mi pojechać na front,
nie po to przez tyle lat trenowałem władanie mieczem żeby siedzieć w
zamku. Zawsze argumentował to słowami „Władcy potrzebny jest
ochroniarz”, a teraz poznałem prawdę.
-Chcę, żebyś jechał na front razem ze mną – powiedział cicho,
opuszczając głowę. Widać było, że się bał. Znałem go za długo by tego
nie wiedzieć, znałem każdy jego wyraz twarzy który odzwierciedlał jakieś
emocje.
-Pojadę, jednak ty zostaniesz. Jesteś Królem, nie masz potomka. Jeśli
zginiesz kto zajmie się królestwem? Tyle razy powtarzałem Ci, żebyś
znalazł sobie jakąś księżniczkę, szybko się ożenił i postarał się o
dziecko żeby ktoś po tobie objął tron – powiedziałem. Dobrze znałem te
wszystkie zamkowe zasady. Dlatego Bling tak długo nie wychylał się z
zamku, bo nie miał potomka, nie miał kto go zastąpić na wypadek jego
śmierci.
-Nigdy nie będę miał potomka. Nie jest mi to pisane – odpowiedział
odsuwając krzesło z taką siłą, że się przewróciło. Zatrzymał się przy
drzwiach i odwrócił głowę.
-Jutro o świcie ruszamy. Mam nadzieję że będziesz gotowy – powiedział
i wyszedł. Nie do końca wiedziałem o co mu chodzi. Wzruszyłem tylko
ramionami i popatrzyłem na mapę. Wiedziałem dokładnie gdzie teraz
znajdowały się nasze wojska, a gdzie wojska Korei Północnej. Może i
byliśmy na przegranej pozycji, może ich było więcej, ale my mogliśmy
liczyć na wsparcie.
Chwyciłem kartkę papieru i pióro, nabazgrałem kilka grzecznościowych
słów z prośbą o pomoc do króla Chin Xiumin’a. Kazałem wysłać moją prośbę
jak najszybciej, jednak wiedziałem, że to nie taka prosta sprawa.
Posłańcowi zajmie 3dni dojechanie do Chin i przekazanie Xiumin’owi mojej
prośby a my wyjeżdżamy jutro. Do tego trzeba wziąć pod uwagę, że na
pole bitwy mieliśmy jakieś cztery dni drogi więc jeśli Xiumin i jego
gwardia przyjadą to zajmie im to mniej więcej tydzień jak nie więcej.
Następnego dnia o świcie byłem gotowy na to by wyruszyć, a Króla jak nie
było tak nie ma. Zjawił się po piętnastu minutach przy stajni.
Osiodłaliśmy konie i ruszyliśmy w drogę. Przez większość drogi Król nie
odezwał się ani słowem. Dziwiło mnie to, zawsze był rozgadany i miał
wiele rzeczy do powiedzenia.
-Czemu sądzisz, że posiadanie potomka nie jest Ci pisane? – zapytałem
kiedy zatrzymaliśmy się by rozbić obóz. Jechaliśmy cały dzień, za to w
nocy mieliśmy zamiar iść po prostu spać by zregenerować siły.
Rozpaliliśmy ognisko i usiedliśmy przy nim by było nam cieplej.
-Miałeś kiedyś wrażenie, że robisz coś niedozwolonego? Coś co będzie potępione przez wielu ludzi? – zapytał patrząc w ogień.
-Mam takie wrażenie od paru lat, ponieważ robię coś czego na pewno
nikt by nie zaakceptował – powiedziałem z uśmiechem. Nie wiedziałem o co
mu chodzi, on pewnie też nie wiedział o co mi chodzi, ale mniejsza o
to. Przynajmniej sobie teoretyzujemy , ale przecież te teorie musiały
być urzeczywistnione.
-Tak, ja raczej też. Od trzech lat potajemnie robię coś
niedozwolonego, co nie spotkałoby się z szacunkiem moich poddanych –
powiedział dalej wpatrując się w ogień.
-A czym jest to, co uważasz za niedozwolone? – zapytałem wpatrując
się w niego. Już od jakiegoś czasu nie mieliśmy jak szczerze
porozmawiać, Król był albo w terenie, albo po prostu zajmował się
sprawami poddanych.
-Miłość nie jest niedozwolona prawda? Jeśli oczywiście kocha się
odpowiednią osobę, w naszym przypadku powinniśmy kochać kobietę –
powiedział patrząc na mnie.
-Dziwne by było gdybyśmy zakochali się w tej samej kobiecie – powiedziałem z uśmiechem, a on tylko cicho się zaśmiał.
-Za niedozwolone uważam zakochanie się w mężczyźnie, a właśnie to
zrobiłem. Codziennie obserwowałem jego ruchy, codziennie próbowałem być
blisko niestety nie zawsze mi to wychodziło. Sam nie wiem kiedy to tak
naprawdę się zaczęło. Może po prostu kochałem go od zawsze, tylko
dopiero trzy lata temu uświadomiłem sobie swoje uczucia? – zadawał
pytania jakby w przestrzeń dorzucając drzewa do palącego się ogniska.
Uśmiechnąłem się lekko. Nie interesowało mnie o kim mówi, byle by był z nim szczęśliwy.
-Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy bo ta osoba przynajmniej
odwzajemnia twoje uczucia – powiedziałem beznamiętnie. Wcale nie było
tak, że nic mnie to nie obchodziło, poniekąd tym stwierdzeniem wbił mi
nóż w serce, ale przynajmniej musiałem udawać że wszystko gra. Sam nie
wiem kiedy Jonghyun znalazł się tak blisko mnie. Siedział dosłownie 5
centymetrów ode mnie.
-Najgorsze jest to, że ja w ogóle nie wiem czy on coś do mnie czuje.
Jest blisko mnie od zawsze, ale z roku na rok, czuję się jakby się
oddalał. – powiedział Jonghyun patrząc mi prosto w oczy.
Czułem się jakby król mówił o mnie. To przecież ja, od kiedy tylko
zdałem sobie sprawę z tego, że kocham głowę kraju zacząłem go unikać na
tyle na ile mogłem.
-Wasza wysokość, czy ty chcesz powiedzieć, że… – nie mogłem dokończyć
tego zdania. Chciałem wypowiedzieć te słowa, ale utkwiły mi w gardle.
-Tak Minho. Chodzi o Ciebie. Wiem, że jestem idiotą, że nie
powinienem, bo każdy przyzwoity Król powinien mieć potomka, ale ja… Ja
po prostu zakochałem się w osobie z którą się wychowywałem, która była
przy mnie zawsze, a teraz kiedy jedziemy na tą pieprzoną wojnę mam
ochotę odesłać Cię do zamku i sam pojechać. Jesteś dla mnie wszystkim
czego mogłem zapragnąć – powiedział na jednym wdech. Zatkało mnie,
totalnie mnie zamurowało. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, ale
dokładnie wiedziałem co powinienem zrobić. Wpiłem się w usta Króla nie
zważając na to jaka będzie jego reakcja. Nie chciałem już dłużej czekać,
przez tak wiele lat to ukrywałem…
Reakcja Króla była natychmiastowa. Przejął kontrolę nad pocałunkiem
dominując w stu procentach. Nie opierałem się, chciałem tego od zawsze.
Chciałem poczuć sam jego ust na swoich, chciałem by nade mną dominował.
Po chwili oderwaliśmy się od siebie i popatrzyliśmy sobie w oczy.
-Kocham Cię Wasza Wysokość – powiedziałem po czym oparłem swoje czoło
o jego. Chwilę później zaczął padać deszcz, uśmiechnąłem się lekko
składając na ustach Blinga delikatny pocałunek. Nawet nie zauważyłem
kiedy Król zaciągnął mnie do namiotu.
-Pora spać, bo jutro nie wstaniemy – powiedział z uśmiechem.
Położyliśmy się koło siebie, tak normalnie, a Jonghyun objął mnie i
przycisnął mnie do siebie.
-Obiecaj mi coś – powiedział już zasypiając. Słychać po jego głosie było, że jest zmęczony o senny.
-Obiecaj mi, że za wszelką cenę nie zginiesz na wojnie – dodał całując moją szyję, na pieszczoty mu się zebrało!
-Obiecuję, ty również mi to obiecaj – poprosiłem.
-Obiecuję – odparł. Sam nie pamiętam kiedy zasnąłem. Obudziły mnie
poranne promienie słońca wdzierające się przez dziurę do namiotu.
Otworzyłem leniwie oczy i przeciągnąłem się. Niechętnie wstałem i
wyszedłem przed namiot gdzie czekał już na mnie uśmiechnięty Bling.
-Co ty taki uśmiechnięty? – zapytałem podchodząc o mojego konia i wsiadając na niego.
-Ponieważ czuję się doskonale, wiedząc, że osoba którą kocham
odwzajemnia moje uczucia – powiedział i usiadł na swoim koniu. Droga na
pole bitwy minęła nam w skupieniu i na rozmyślaniach. Sam nie jestem w
stanie powiedzieć kiedy tam dotarliśmy. Kiedy już się zjawiliśmy.
Powalił mnie ogrom poległych żołnierzy, ale zaimponowała mi chęć do
walki. Rozpisaliśmy z Królem plany co i jak powinno być, a potem
wdaliśmy się w walkę. Niestety nie mieliśmy przewagi liczebnej i było
nas mniej niż przeciwników, ale po paru dniach zjawił się Król Xiumin ze
swoimi wojskami. Później tylko oszacowaliśmy straty i wróciliśmy do
zamku zadowoleni z wygranej. Korea Północna była nasza. Ale zdobyliśmy
nie tylko Koreę, zdobyliśmy także miłość, a miłość jest ważniejsza od
wszystkiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz